Przez Podlasie na Białoruś.

Od islamu do prawosławia

 

 

Podlasie

Grodno

Mińsk                  

1

 

w stronę Białegostoku

 

 

 

Gdybym przyjęła pierwotny plan podróży, mogłabym teraz powiedzieć – moim pierwszym wrażeniem po wjechaniu ziemię białoruską było to i to. Nie powiem tak. Bo zdecydowałam, że wjadę na tereny Podlasia powoli. Stopniowo. Krótkimi odcinkami, kilometr za kilometrem pokonam autobusem, żeby wydało mi się, że ta granica, pomiędzy Polską i Białorusią w rzeczywistości nie istnieje. Bardzo chciałam przenieść się w epokę przedwojenną, gdy Kresy stanowiły część polskiego terytorium.

            Jeden telefon matki i udało się zaklepać miejsce noclegowe w maleńkiej wsi na Białostocczyźnie, w domu tej dalekiej rodziny, którą znałam jedynie z fotografii. Na dworcu w Białymstoku czekała już na mnie młodziutka kuzynka, Kasia, przy której świeżej, zażywnej i zdrowej postaci sprawiałam wrażenie dziewczynki siedemnastoletniej.

            Najpierw mapa i przewodnik. Bo sklepy warszawskie ich nie oferowały. Tutaj jednak było już Podlasie. Swojskie tereny. Wdrapałyśmy się więc na pierwsze piętro dworca i udało się. Był przewodnik wydawnictwa Bezdroże o Grodnie i okolicach. Chwała im za odwagę i dobre chęci w czasach, gdy trwa bojkot wszystkiego co białoruskie, na zasadzie odwetu za antypolską postawę Łukaszenki. -  Białoruś? Chcesz jechać na Białoruś? Zaaresztuja cię, zabiją, deportują. A w ogóle to tam nic nie ma. Po co jechać?

A jednak coś jeszcze pozostało i o tym piszą właśnie Bezdroża i rodzynki świata literackiego – opowieść w staroświeckim stylu Katarzyny Węglickiej „Kresowym szlakiem” oraz historie zabytków kresowych spisane przez pana Rąkowskiego. Ta ostatnia książka dostępna była tylko na allegro i niestety kupiłam ją juz po powrocie z Białorusi. Nie szkodzi. Jeszcze tam wrócę... 

ciąg dalszy rozdziału pierwszego

 

 

 

2

śladami Tatarów

 

 

 

Pierwszy autobus z Ostrówki do Białegostoku odchodził o dziewiątej, jednak usłużny sąsiad, który odbierał mleko od gospodarzy i transportował je do mleczarni zaoferował mi podwózkę. W ten sposób dotarłam na dworzec autobusowy a tam stary ikarus zabierał pasażerów w stronę wschodnią. Moim przeznaczeniem były Kruszyniany.

            Dlaczego Kruszyniany? Z sentymentu dla polskich Tatarów, dla wschodniej kultury, gdzie nacje i tradycje wymieszane są i dzięki temu szczególnie ciekawe. Także dlatego, że każda moja podróż jest poszukiwaniem tożsamości, fragmentów siebie w kulturze obcej, współodczuwania i związków z duchowością islamu.

            Trasa do Kruszynian, małej wsi Podlasia wiedzie przez Supraśl, gdzie z okna autobusu dostrzec mogłam cerkiew i zabytkowy zespół klasztorny o.o.Bazylianów. Puszcza Knyszyńska towarzyszy podróżującym niemalże do granicy z Białorusią, potem jednak rozklekotany pojazd zamiast przeskoczyć z rozpędu granicę nieoczekiwanie skręca na południe, przejeżdża główną ulicą maleńkich Krynek i wyrzuca mnie samotną na bezimiennym przystanku w Kruszynianach.

            Dwa metry stamtąd pozdrawia mnie na progu swojej chatki starszy człowiek, o rysach nietatarskich. Kieruje mnie jednak bezbłędnie w stronę zielonego, drewnianego meczetu na niewielkim wzniesieniu w otoczeniu drzew. Pstrykam zdjęcie, choć muzułmańską świątynię szpecą rusztowania. Jest niedziela, ani śladu remontujących, wkrótce dowiaduję się jednak, że remont przerwano już dawno i nie wiadomo, kiedy zostanie on wznowiony. Prawdopodobnie zależy to od funduszy niewielkiej wspólnoty tatarskiej, postanawiam jednak nie drążyć tematu.

Imam, czyli opiekun meczetu, prowadzący modlitwę i przewodnik wspólnoty muzułmańskiej jest sympatycznym, korpulentnym panem w średnim wieku o okrągłej twarzy, ciemnych włosach i oprawie oczu potomka Tatarów. Zwraca się do mnie per „Pani”. Jednak z poufałością, która mnie zaskakuje, przechodzi na „ty”, w momencie, gdy zaglądam do maleńkiego przedsionka, zdejmuję buty ukrywając dziurawą skarpetkę, wchodzę do głównej, pustej sali, wyłożonej dywanem i zasłanej małymi dywanikami, zakładam chustkę i przystępuję do modlitwy. I już w chwilę później słyszę rozbawiona – to ciebie na pewno zaciekawi, musisz zobaczyć nasz mizar, tatarski nasz cmentarz.

Wraz z trojgiem innych gości meczetu, rodziną z Warszawy, przechodzimy spacerem pod górkę, na cmentarz za meczetem. A ja zastanawiam się...

 

CZYTAJ DALEJ           

 

 

4

 

W Grodnie – śladami różnowierców

 

 

Z miastem przywitałam się poprawnie po południu. Najpierw wycieczka do dworca kolejowego, który jest doskonałym przykładem architektury socrealistycznej. W asyście przyszywanego wujka wymieniłam sto dolarów i otrzymałam pęk tysięcy białoruskich rubli, które nieustannie wysuwały się z portfela zdradzając wszem i wobec moje zasoby finansowe. Straciłam głowę. Nie potrafiłam przeliczać w pamięci kwot polskich na amerykańskie tudzież od razu na białoruskie. Wkrótce przestałam liczyć i wydawałam zależnie od potrzeb, potrzeby te ograniczając do minimum. Ten spartański tryb życia zaowocował zaoszczędzonymi rublami, które w pośpiechu niemądrze przywiozłam do Polski i na próżno szukałam kantoru, który kupiłby pęk niepotrzebnych mi już zadrukowanych papierków.

Grodno potrafi zauroczyć. Wiele zachowanych kamienic i barokowych kościołów otwarcie świadczy o polskim dziedzictwie. Przekonywałam się o tym krok po kroku przemierzając ulicę Orzeszkowej i jej okolice takie jak Wasilko, Telegrafnyj i Marksa. Choć nazwy ulic szokowały przywołując czasy komunizmu, który dla mnie skończył się bezpowrotnie, uśmiechałam się widząc polski jedynie napis na pomniku Orzeszkowej, słuchając mszy po polsku i widząc odnowione polskie zabytki. Moja popołudniowa, niedzielna trasa była przede wszystkim jednak odkrywaniem różnorodności religijnej Grodna...

CZYTAJ DALEJ